Blok
Pies przy wejściu do klatki
Przy wejściu do klatki leży pies. Nie na środku, tylko pod ścianą, tam gdzie próg robi cień. Łeb ma na łapie. Ogon raz stuknie w drzwi i cichnie. Nie jest mój. Nie wiem, czyj jest, i nie sprawdzam obroży, żeby nie robić z tego kontroli.
Ludzie wchodzą i wychodzą. Obchodzą go tak, jak obchodzi się wycieraczkę, która leży krzywo: krok w bok, czasem krótkie słowo powiedziane do psa, nie do właściciela, bo właściciela nie widać. Nikt go nie przegania. Nikt go przy mnie nie głaszcze. Jest częścią wejścia.
Drzwi do klatki mają domofon z wytartymi przyciskami. Pies leży tak, że siatka z zakupami ociera mu się o grzbiet, jak ktoś nie uważa. On wtedy tylko podnosi głowę i zaraz ją opuszcza. Nie warczy. To nie jest scena. To jest próg.
Siadam na murku naprzeciwko tylko na chwilę, żeby zawiązać but. Z tej wysokości widać, że sierść przy uchu jest jaśniejsza od reszty. Może od tarcia o tynk. Może od wieku. Nie jestem od tego, żeby to rozstrzygać. Widzę plamę światła i psa w plamie.
Z klatki wychodzi ktoś z kluczem i mówi do niego krótkie słowo, którego nie powtarzam, bo nie jest moje. Pies nie wstaje od razu. Wstaje dopiero, kiedy drzwi mają się zamknąć, i wsuwa się do środka przed progiem, jakby znał ten moment lepiej niż ja znam rozkład swojej drogi. Potem klatka jest pusta. Zostaje ciepło na betonie, tam gdzie leżał, i kilka włosów przy listwie.
Jak wracam pod wieczór, miejsca już nie ma. Jest za to miska, której rano nie widziałam, wciśnięta pod kaloryfer na klatce, widoczna przez szybę. Pusta. Ktoś tu liczy na powrót albo zostawił naczynie z przyzwyczajenia. Nie dzwonię domofonem, żeby zapytać.
Pies był. Teraz go nie ma. Z chodnika tyle widać i tyle zapisuję, zanim ktoś wytrze próg i zostanie zwykłe wejście bez śladu leżenia. Ciepło na betonie stygnie szybciej, niż zdążę dojść do rogu.